Protestują kierowcy na aplikację. "Uber zabiera nam ponad 50% zarobków"
Protest nie wiązał się z blokadą dróg, ale mogli go odczuć mieszkańcy.
Taksówkarze współpracujący z Uberem i Boltem protestują przeciwko niskim zarobkom i wysokim prowizjom pobieranym przez te platformy. 7 kwietnia część kierowców wstrzymała się od pracy, co nieco podniosło ceny przejazdów w ciągu dnia i wydłużyło czas oczekiwania na kierowcę (cena przejazdu w aplikacjach jest ustalana automatycznie na podstawie ilości dostępnych pojazdów). Lider protestu, Serhii Mykhailiuk, twierdzi, że mogło w nim wziąć udział nawet 5 tys. osób.
Powodem niezadowolenia są m.in. prowizje: Bolt zabiera stałe 31% dochodu kierowców, a Uber nawet ponad 50%, szczególnie przy droższych kursach. Dodatkowo, mimo rosnących kosztów życia, ceny przejazdów spadły, co sprawia, że kierowcy zarabiają mniej. Firmy nie odniosły się do protestu, nie wydały żadnych oświadczeń i nie podjęły rozmów z kierowcami.
Mykhailiuk zaznacza, że protest nie jest wymierzony w konkretną aplikację, lecz w niesprawiedliwe warunki pracy. Dzięki swojej aktywności w mediach społecznościowych zyskał poparcie polityków i mediów. Kierowcy z warszawskiego lotniska również dołączyli do protestu - ich sytuacja jest podobna: niewielkie zyski przy dużych opłatach i prowizjach. Protesty mają być kontynuowane, dopóki firmy nie podejmą negocjacji, choć globalne korporacje nie kwapią się do podęcia jakichkolwiek rozmów.